PLAN NAPRAWCZY

DSC_5411a

Wiedziałam, że tak będzie, po prostu wiedziałam. Zawsze tak jest i historia lubi się powtarzać niestety. Wiem o tym doskonale, a i tak co roku wchodzę w to z zamkniętymi oczami.

Ten cały świąteczny klimacik, te zimowe przyjemności, te wypasione serniki wręcz stworzone na tę porę roku, te luźne kardigany skrywające sprytnie dowody zbrodni, powolutku, pocichutku umilają życie, ale jednocześnie osłabiają, skutecznie niestety, czujność. Jest zima, wprawdzie jakaś taka nietypowa zupełnie, ale jest, a ja jestem zimowym leniwcem, więc się rozpieszczam, pozwalam sobie na więcej, rozpieszczam też wszystkich dookoła, żeby nie było. Robię te słodkie kakałka i piekę serniki, wszystko w dobrej wierze przecież. Aż tu nagle tuż po świętach, gdzieś tak w okolicach końca roku brutalna prawda wyłazi na wierzch i to dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze kiedy próbuję wbić się w ulubioną małą czarną, która ku mej rozpaczy znów okazuje się być zbyt małą. To jakaś zimowa zmowa jest, albo spisek jakiś przeciwko mnie. No bo jak niby przetrwać te ciemne popołudnia i zimne wieczory bez serników, gorących czekolad i innych rozgrzewaczo umilaczy, które ratują psychikę, ale jednocześnie zamieniają rącze łanie w zwaliste baby. No ja jakoś nie potrafię i nawet sobie tego nie wyobrażam. Taka zima na diecie to musi być jakiś absurd totalny.

Dlatego pogodzona z losem rzucam tę przymałą czarną na dno szafy (choć może powinnam ją w ogóle wywalić w pierniki) i wprowadzam plan naprawczy. Żadnych serników, żadnych czekolad, w ogóle zero cukru. Trzeba się w końcu wziąć za siebie, rozruszać zimowego leniwca i przegnać tę cholerną zwalistą babę.

Ale spokojnie, plan naprawczy wymaga dobrego opracowania zanim się go wdroży, prawda? Jakichś konsultacji eksperckich wymaga i czasu przede wszystkim. Więc może lepiej poczekam na wiosnę. Wiosnę bez sernika odrobinę łatwiej mi sobie wyobrazić niż zimę.

DSC_5400a

DSC_5424a

Ja wiem, że po świątecznym obżarstwie już ciężko nawet patrzeć na słodkości, a grudzień to miesiąc wyjątkowego sernikowego wypasu. Jednak jako maniaczka serników, która pochłonęła ich już chyba wszelkie możliwe rodzaje, więc zasadniczo zna się na rzeczy gwarantuję, że wkrótce znowu nadarzy się okazja do pieczenia. Ten, którego ostatni kawałek  załapał się na zdjęcia to jeden z moich ulubionych. Tradycyjny i bez zbędnych udziwnień.

Składniki:

  • 1 kg zmielonego twarogu półtłustego
  • 200 g (kostka) masła
  • 4 – 5 jaj
  • 1 i 1/2 szklanki drobnego cukru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • zapach rumowy do ciasta
  • rodzynki

Składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Białka oddzielamy od żółtek. Masło rozcieramy z cukrem. Dodajemy żółtka i zapach rumowy. Stopniowo dokładamy twaróg, wciąż ucierając masę. Dodajemy mąkę ziemniaczaną, proszek do pieczenia i wszystko miksujemy. Dodajemy rodzynki i mieszamy z masą serową. Białka ubijamy na sztywno i delikatnie łączymy z masą.

Tortownicę – średnicy 23-24 cm wykładamy papierem do pieczenia, przekładamy masę i pieczemy w temperaturze 170°C przez ok. godzinę. Studzimy w wyłączonym i lekko uchylonym piekarniku. Na koniec dekorujemy wedle uznania, np gorzką czekoladą i wcinamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook