JAK SPADŁAM Z OBCASÓW NA ZIEMIĘ

trampki 2

Pół życia na szpilkach przechodziłam. Kochałam je miłością bezbrzeżną. Kupowałam z dziką radością. Im wyższe tym lepsze. Posiadam nawet egzemplarze, które spokojnie zasługują na miano „niebotycznych“.  Cały dzień na obcasach to była dla mnie kiedyś norma absolutna, bez względu na porę roku, pogodę i samopoczucie. Nie ważne czy chodnik topniejący od tropikalnych upałów, czy pokryty skorupą lodu. Uwielbiałam to i myślałam w swej naiwności, że już tak zostanie i popylać będę w tych szpilach, aż do późnej starości, a wtedy zamienię je po prostu na bambosze i balkonik. Okazuje się jednak, że dzieciaki pozbawiły mnie nie tylko kilku tysięcy godzin niczym niezmąconego snu i wąskiej talii, ale zrzuciły mnie też z obcasów i wbiły w trampki.  Sama zresztą poddałam się bez walki. Jakoś nie wyobrażam sobie jak można w trzynastocentymetrowych szpilkach wciągać wózek po schodach. Podobne odczucia mam wobec spaceru (teoretycznie) za rękę z dwulatkiem, który niezmiennie zamienia ten spacer w dziką gonitwę po okolicznych trawnikach, gdzie oprócz grząskości terenu trzeba uwzględnić dodatkowe utrudnienie w postaci slalomu wokół topniejących na wiosnę psich kup. W każdym z tych przypadków moje ukochane szpilki, delikatnie rzecz ujmując, nie tylko są nic nie warte, ale też po prostu wyglądają idiotycznie. Co tu dużo gadać. Trampki są dzisiaj dla mnie jak mundur dla żołnierza. Nie tylko pełnią swoją rolę, ale też pokazują światu kim jestem. Tu i teraz. W tych trampkach nie oszukam wszak nikogo, że ja tylko tu na chwilę z biura wyszłam, że kończę lunch i zaraz wracam na śmiertelnie poważne negocjacje. Ja negocjować dziś będę z córką, żeby zjadła brokuły i odrobiła matmę, a ona szczerze mówiąc będzie miała w głębokim poważaniu mój dress code.

I nie powiem wprawdzie, że nie tęsknię za tymi czasami kiedy stukot obcasów zwiastował, że wyłonię się zza rogu, a jednak jakimś cudem pokochałam i tę zmianę.

A ponieważ jak powszechnie wiadomo nic nie trwa wiecznie, dyktatura płaskich podeszw też się przecież kiedyś skończy, czego najlepszym dowodem jest to, że zabierając ostatnio córkę na randkę do kina miałam wreszcie okazję porzucić dress code wózkary i włożyć ukochane szpilki. I było super! Tylko nie wiedzieć czemu szwędając się później z Młodą po sklepach szukałam wygłodniałych wzrokiem nie szpilek z gatunku tych najwyższych jak kiedyś, ale nowiutkiej, świeżutkiej pary trampek. Takich idealnych na nowy sezon gonitw po trawnikach i targania wózka po schodach. Życie jest jak widać przewrotne.

szpilki 3

szpilki 2

szpilki 4

fot. (oprócz pierwszego) Pinterest

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook