PRZYSTANEK: WEEKEND W PRADZE

Inaczej się zwiedza świat na własną rękę, a inaczej za rękę dziećmi. Nie ma co ściemniać, że dzieci niczego nie zmieniają, bo zmieniają i to właściwie wszystko, a więc w kwestii zwiedzania świata zasadniczo również. Kiedyś wystarczyło wziąć plecak, mapę i butelkę wody by podziwiać tzw. obowiązkowe punkty programu, albo snuć się do woli po tajemniczych zaułkach. Teraz też niby tak można, ale jednak trzeba trochę odpuścić. Umordowanie dzieciarni bieganiem po muzeach, na zmianę ze staniem w kolejkach do kolejnych „atrakcji” to ostatnia rzecz o jakiej marzycie podczas  weekendowych wypadów. Możecie mi wierzyć na słowo. Lepiej mniej, ale bardziej i uważniej. I taką właśnie zasadę przyjęliśmy na nasz rodzinny weekend w Pradze. I wiecie co? Fajnie było.

Weekend w Pradze – co warto zobaczyć?

Praga to nie jest miasto, które można zwiedzić w dwa dni i się nim nasycić. A już na pewno nie w dwa dni zwiedzając je z dziećmi, ale spokojnie – jeśli podobnie jak my nie macie ambicji zdobycia odznaki dzielnego obieżyświata, co to widział każde muzeum, obejrzał każdy pomnik, każdy park i każdą fontannę – a chcecie po prostu zwiedzić to miasto spacerem na luzaku, a nie biegiem i z obłędem w oczach, zapewniam, że się da. My zrobiliśmy to tak:

Chociaż mieszkaliśmy na lewym brzegu Wełtawy pierwszego dnia i zarazem na pierwszy ogień wybraliśmy leżące po drugiej stronie rzeki Stare Miasto, pozostawiając sąsiadującą z nami dzielnicę Mala Strana na kolejny dzień zwiedzania.

Praga jest dość dobrze skomunikowana, a ponieważ słyszeliśmy wcześniej o problemach z parkowaniem w tym mieście /co zważywszy na liczbę turystów i mnogość stref parkingowych, w których trudno się połapać, jakoś mnie szczególnie nie dziwi/ korzystaliśmy  z komunikacji miejskiej. I to w sumie już samo w sobie jest w tym mieście niezłą atrakcją, bo tramwaje i autobusy miejscami dosłownie przeciekają się przez wąskie uliczki. Ale do rzeczy.

Most Karola

Bezsprzecznie najsłynniejszy i najczęściej kojarzony z Pragą symbol tego miasta. Niestety nieustannie zatłoczony. Podobno najlepiej podziwiać go o świcie, albo późnym wieczorem kiedy nie oblegają go dzikie tłumy. Niestety w ten sierpniowy weekend oblężenie mostu było i w ciągu dnia i w nocy tak samo intensywne więc nie udało nam się uniknąć tłoku.

Ten średniowieczny most ma ponad 500 metrów długości, ozdobiony jest trzydziestoma figurami świętych, a do jego budowy wykorzystano bloki piaskowca i zaprawę, którą wzmacniano ponoć białkami kurzych jaj (!). Odbywały się tutaj turnieje rycerskie, potem znajdował się tu targ, a kiedy w  XVII wieku ścięto głowy przywódcom ruchu protestanckiego kilkanaście z ich głów powieszono na moście ku przestrodze. I uwaga: straszyły tak podobno przez 10 lat.

Jedna z figur Mostu Karola osnuta jest legendą. Ponoć każdy kto dotknie (mocno już wytartej) płaskorzeźby znajdującej się u stóp św. Jana Nepomucena wieść będzie spokojny i szczęśliwy żywot. Pożyjemy zobaczymy 😉

Od strony Starego Miasta most Karola wieńczy Staromiejska Brama Mostowa. Uznano ją za najpiękniejszą tego typu budowlę w Europie. Prawie do połowy XVIII wieku most Karola był jedynym mostem w mieście, dlatego w momentach grożącego niebezpieczeństwa wystarczyło opuścić żelazną kratę ukrytą w tej bramie, aby odciąć się od najeźdźcy. Zrobiono tak np. podczas najazdu Szwedów w 1648 roku. Chętni mogą się wspiąć po 138 krętych schodkach i podziwiać, zapewne spektakularny widok z jej szczytu. My jednak – zgodnie z ideą odpuszczania – darowaliśmy sobie tę wspinaczkę i ruszyliśmy dalej.

Stare Miasto

Dotarliśmy w ten sposób na Stare Miasto w Pradze i uderzyliśmy od razu na jego rynek czyli Staromestske Namesti. Rynek będący kiedyś ogromnym targowiskiem, ale również miejscem istotnych dla Pragi wydarzeń otaczają pamiętające wieki kamienice i kościoły. Jeden z nich szczególnie wyróżnia się swą formą na tle innych. To gotycki kościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem. Jego bajkowy kształt przywodzi na myśl te z bajek Disneya, a nawet odrobinę zamek samego Draculi.

Na środku rynku znajduje się potężny pomnik Jana Husa postawiony tutaj w 1915 roku w 500 rocznicę spalenia go na stosie (!), a na południowej ścianie ratusza podziwiać można średniowieczny, imponujący, astronomiczny zegar Orloj. Ten wiekowy zegar wciąż (od 600 lat!) wskazuje dokładny czas i położenie ciał niebieskich przy okazji. Nieźle jak na takiego staruszka.Z rynku Starego Miasta ruszyliśmy uliczkami w kierunku Placu Wacława – Václavské Námĕsti – głównej, tętniącej życiem kulturowym i towarzyskim praskiej arterii. W średniowieczu znajdował się tutaj koński targ, a bardziej współcześnie plac był świadkiem ważnych dla kraju wydarzeń politycznych. Dziś miejsce to zawdzięcza swa nazwę barokowemu pomnikowi św. Wacława – patrona Czech.

Trochę dystansu

Przy Placu Wacława właśnie znaleźliśmy restaurację Vytopna, której wyjątkowy wystrój zaczarował nam dzieciaki na tyle, że w spokoju i bez grymaszenia pożarły obiad. Kiedy tylko dowiedziałam się o jej istnieniu wiedziałam po prostu, że koniecznie musimy tam uderzyć. Myślałam, że głównie Młody będzie beneficjentem całej tej radochy, ale okazało się, że … ośmioletnie dziewczynki też lubią pociągi. Szczególnie te miniaturowe, które podwożą im zamówioną wcześniej lemoniadę wprost do stolika (!). A i starzy przy okazji mieli niezły ubaw.

Wnętrze tego lokalu oplatają miniaturowe tory kolejowe, a kolorowe lokomotywy ciągną wagony wypełnione szklankami i butelkami kursując od stolika do stolika. Wszystko pobrzękuje i dzwoni. Dzieciaki z niecierpliwością czekają na dostawę, albo na przejazd kolejnego pociągu pędzącego z zamówieniem do sąsiadów ze stolika obok. Nawet starym prykom trudno powstrzymać uśmiech, kiedy zimne piwko podjeżdża w ten sposób pod nos. Oczywiście pierwsze lemoniady zostały wysiorbane z prędkością światła po to tylko, żeby zamówić kolejną ciuchcię, czego zresztą nie potrafiliśmy im, ani sobie odmówić. Na szczęście nie poszliśmy z torbami dzięki opatrzności nad nami czuwającej, która kilka stolików dalej zesłała nam grupę wesołków rozpoczynających akurat wieczór kawalerski. Jak łatwo się domyśleć pociągi z kolejnymi dostawami browaru kursowały obok naszych małolatów (ku ich ogromnej uciesze rzecz jasna) nader często.

*Jedzenie całkiem spoko i w przystępnej cenie, ale w weekendy lepiej na wszelki wypadek zarezerwować stolik.

Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na tzw. spacer bez celu. Tak po prostu przed siebie za rękę bez pośpiechu, spiny i jakiegokolwiek planu. Pozwoliliśmy się sobie „trochę zgubić” w tym mieście i dzięki temu na przykład, zupełnym przypadkiem trafiliśmy do (jak się okazało zbudowanego przez dziadka samego Vaclava Havla) Pałacu Lucerna. Mieliśmy tam okazję zobaczyć jeden z najbardziej chyba zadziwiających praskich pomników. Kontrowersyjny dowód na specyficzne czeskie poczucie humoru. Nawiązującą przewrotnie do znajdującego się niedaleko konnego posągu Św. Wacława rzeźbę Koń autorstwa Davida Černego.

Dzień drugi – Mala Strana

Kolejny dzień zgodnie z naszym planem minimum przeznaczyliśmy na zwiedzanie zachodniego brzegu Wełtawy, tj. Malej Strany i jej okolic. Zaczęliśmy od pięknego widoku na miasto ze wzgórza Letnà. Dziś znajduje się tutaj praski metronom (i przy okazji raj deskorolkowców), a kiedyś największy podobno w Europie pomnik Stalina.

Spacerkiem zeszliśmy ze wzgórza do barokowych Ogrodów Wallensteina. Ten stosunkowo niewielki teren to prawdziwa perełka Pragi. Znajdziecie tu labirynt żywopłotu i mnóstwo przedstawiających mitologiczne postaci posągów. A gdyby tego jeszcze było mało – specyficzną, żeby nie powiedzieć dziwną, choć na pewno dodającą ogrodom tajemniczości ogromną, sztuczną grota. Choć to teren należący do Senatu wstęp dla zwiedzających jest bezpłatny. Warto tam zajrzeć.

Zmęczeni upałem (w końcu to był sam środek upalnego lata) odpoczęliśmy chwilę w lodziarni Amorino. Pochłaniając solidne porcje przepysznych (!) lodów, sprzedawanych zamiast tradycyjnych kulek w  formie nakładanych z pełnym namaszczeniem przez obsługę, jeden po drugim płatków obłędnych róż. Absolutny hit!

Hradczany

Posileni lodowym kwieciem ruszyliśmy na podbój królewskiej dzielnicy. Ze względu na dzieciaki zdecydowaliśmy się na małą trasę (bilet rodzinny: 500 CZK) obejmującą katedrę św. Wita, Zamek Praski, Bazylikę św. Jerzego i oczywiście Złotą Uliczkę. Z premedytacją zrezygnowaliśmy z galerii obrazów, wystaw i Wieży Prochowej, które można było zobaczyć dodatkowo w ramach  trasy długiej (za 700 CZK).

Nie będę Wam wciskać kitu, że dzieciaki cierpliwie i bez marudzenia chłonęły każdy fresk i z identycznym zachwytem patrzyły na każdą rzeźbę. Owszem było trochę jęków, narzekań na bolące nogi, trochę marudzenia i noszenia na barana, kilka obowiązkowych przystanków i przymusowy odpoczynek na ławkach i krawężnikach, ale suma summarum było warto. Historia o jajecznej zaprawie Mostu Karola rozbudziła ich wyobraźnię, martwy Koń Černego trochę zszokował, a pociągi dowożące napoje z uśmiechem wspominają do dziś. Nie wszystko co nam się podobało zrobiło na nich wrażenie, ale ponieważ dzieciaki patrzą na świat trochę inaczej, trochę z innej perspektywy, często zwracają uwagę na rzeczy, obok których my z kolei potrafimy przejść obojętnie. I chociażby dlatego zwiedzanie świata z nimi za rękę jest wyjątkową przygodą.

***

Podoba Ci się tekst, albo zdjęcia, albo jedno i drugie? 🙂 będzie mi miło jeśli zostawisz pod nim komentarz lub udostępnisz go swoim znajomym, a jeśli chcesz być na bieżąco z tym co tutaj wyczyniam możesz polubić funpage na Facebooku albo Instagram.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook