O TYM JAK STOLIK TULOKO RATUJE RODZINNE PODRÓŻE

Mam wrażenie, że z roku na rok robimy to coraz lepiej. Z ręką na sercu. Bez zbędnych przechwałek. Wychodzi na to, że uczymy się na błędach, a praktyka rzeczywiście czyni mistrza. Jeszcze parę rodzinnych urlopów, kilka samochodowych wojaży, a osiągniemy najwyższy stopień wtajemniczenia. Mistrzostwo w dziedzinie długodystansowego przemieszczania się z nieletnimi za pomocą dwuśladowego pojazdu mechanicznego. O ile oczywiście do tego czasu dzieci się nam nie zestarzeją i nie będziemy mieli już na kim eksperymentować.

Długa podróż samochodem z dziećmi wywołuje u rodziców zwykle, o ile nie klasyczny, książkowy atak paniki, to przynajmniej lekki niepokój. Nerw uruchamia podskórny. Nieletni to wszak istoty cokolwiek nieprzewidywalne. Pełnoletni wprawdzie również nieprzewidywalni bywają i nie bez kozery przyjęło się mówić, że najlepiej poznać drugiego człowieka w podróży właśnie. Jednak stary mimo wszystko ogarnie raczej, że droga daleka i nie ma co stękać, bo nikt mu siedmiomilowych butów nawet za grube miliony nie opchnie. Dziecko nie ogarnie. „Daleko” to dla dziecka sprawa względna i mocno dyskusyjna. Daleko jest na przykład z Warszawy  nad morze, ale też z bloku do osiedlowej Biedry. A z placu zabaw do wanny to już jest naprawdę pioruńsko daleko.

Pisałam już o tym jak zwalczyć samochodową nudę. Jak uatrakcyjnić kilkulatkom długą podróż. Jak przerwać monotonię, odwrócić uwagę, zająć umysły i  małe rączki <klik>. Ci, którzy mnie znają wiedzą doskonale, że już długo przed urlopem gromadzę pomysły, kombinuję, wymyślam i kompletuję gadżety, które ratują nam potem życie w podróży. Tyle, że same gadżety na niewiele się zdadzą kiedy korzystanie z nich będzie utrudnione albo wręcz niemożliwe w ograniczonej przestrzeni samochodu.

Dla pełnej jasności: komu nie zdarzyło się wygiąć swego ciała w chińskie osiem, w celu wydobycia a) resoraka b) lalki c) misia d) puzla tudzież innej drobnej pierdoły, która wypadła z małych rąk wprost pod fotel? Komu z was nigdy nie zdarzyło się z miną zwycięscy wręczyć swemu dziecięciu czaderskiej układanki, albo klocków celem umilenia mu podróży, żeby w sekundę później uświadomić sobie, że maluch nie ma szans ułożyć ich „na kolanie”, a jęki i stęki zamiast zmniejszyć się z każdą chwilą narastają? Mnie się zdarzyło niestety.

Na szczęście w tym roku nie ma żadnych wygibasów, ani marudzenia, za to pełna profeska.  Dzieciaki przejechały już ponad 1000 km wyposażone w stolik małego podróżnika Tuloko każde, a ja się poważnie zastanawiam jakim cudem przetrwaliśmy dotychczasowe podróże bez tego zmyślnego wynalazku.

Stolik jest lekki. Łatwo go zamontować i co ważne zdemontować. Materiał, z którego go wykonano jest wodoodporny, więc w razie zalania tudzież uciapania czymś czyści się go bez problemu. Rant zabezpiecza niesforne zabawki i książki przed lądowaniem na podłodze samochodu, a spory blat, wyposażony dodatkowo w kolorową mapę, stwarza idealną przestrzeń do zabawy. W bocznych kieszeniach dzieciaki mogą upchnąć sporo podróżniczych umilaczy bez niepotrzebnego i niebezpiecznego (!) bałaganu, a co najważniejsze stolik przeszedł pozytywnie dynamiczne testy zderzeniowe. Wisienką na torcie jest to, że stolik dostępny jest w kilku kolorach do wyboru i został zaprojektowany i wyprodukowany w Polsce. Zatem produkt nie dość, że bezpieczny i praktyczny to jeszcze nasz. Obowiązkowo zabieramy na kolejne wyprawy.

Facebook   i   Instagram

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook