Isn’t it ironic… don’t you think?

 


Tak sobie myślę, że jeśli ktoś naprawdę rzadko choruje i praktycznie wcale, że się tak wyrażę, nie choruje obłożnie, jeśli już zapada na jakieś przeziębienie to zawsze jest w stanie rozprawić się z nim domowymi sposobami, musi mieć zatem wyjątkowego pecha, żeby rozchorować się porządnie w czasie strajku lekarzy i farmaceutów…

Oczywiście ta ironia losu musiała spotkać mnie, a jakże … rozchorowałam się tak dokumentnie, że miałam okazję doświadczyć całego wachlarza „przyjemnych” niezwykle sytuacji poczynając od sylwestrowej nocy spędzonej w oszałamiającej kreacji, czyli w szlafroku, a na aferze pieczątkowej kończąc …. ech szkoda gadać… było minęło.
Przynajmniej dowiedziałam się czegoś nowego na swój temat, zdałam sobie sprawę z istnienia kolejnej swojej wady, albo zalety jak kto woli… wszak wszystko jest względne … Otóż nawet uziemiona w domu nie potrafię zalec bezczynnie na kanapie. Mój M najdroższy stwierdził nawet, że mam chyba coś na kształt kreatywnej nadpobudliwości. wciąż coś przestawiam, przemeblowuję, obklejam, skręcam, zszywam, a kiedy już naprawdę jest źle i faktycznie na tej kanapie pod kocem zalec muszę… wyszywam… nie wiem sama, czy to normalne?

 

Kilka styczniowych migawek:

 

Młoda, wreszcie w swoim „dorosłym” łóżku 🙂

 

 Odrobina przedwiosennych porządków…

 

 

 obowiązkowe przemeblowania …
 i poduszkowy hafcik, dzięki uprzejmości Penelopis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook