RATUNKU FERIE

Pierwsze pytanie z jakim zderzam się po powrocie z ferii to tradycyjne już: „Odpoczęłaś?” Otóż nie proszę państwa, zupełnie nie. Wyjazd z dziećmi na ferie zimowe nie należy raczej do tych z gatunku leniwie błogich. Chyba, że w pogardzie mając rodzime zimowe krajobrazy, korzystasz z opcji all inclusive i w jakimś ciepłym miejscu chłodzisz się zimnym mojito w cieniu palm, a twe potomstwo pląsa radośnie w  rytmie pokrzykiwań niezmordowanych animatorów. Jeśli natomiast przyjdzie Ci do głowy białe szaleństwo wśród polskich wierchów trzeba się będzie jednak zdrowo nagimnastykować. Po pierwsze żeby dowieźć towarzystwo, nie zamordować przypadkiem po drodze, po drugie zmęczyć atrakcjami wszelakimi, tak, żeby te małe, czerpiące niechybnie energię z kosmosu stworzenia, łaskawie padły wieczorową porą i pozwoliły starym odsapnąć. Wreszcie po trzecie – modlić się gorliwie o śnieg, tak śnieg właśnie, żeby sypnął dla odmiany zimą, a nie dopiero gdzieś na wiosnę w okolicy Wielkiejnocy.

Po tygodniu wciskania małych stóp w narciarskie buty, targania sprzętu, przedzierania się przez zaspy, wciągania nieletnich na ośnieżone (Alleluja!) zbocza, asekurowania tychże na oblodzonych chodnikach, wycierania nosów i gąb umazanych gorącą czekoladą można wszak paść na twarz. Rodzicielstwo wymaga nie tylko kreatywności i cierpliwości, ale też, a może przede wszystkim kondycji, której mi niestety, o czym się coraz boleśniej przekonuję, zwyczajnie brakuje. Pewnie dlatego po powrocie z rodzinnego „wypoczynku” czuję się bardziej jak pies Pluto niż młoda bogini.

Odpoczęła za to moja głowa. Zdecydowanie. Wyrwana z rutyny, którą wszak lubię, ale która na dłuższą metę potrafi zmęczyć. Przewietrzona solidnie, napasiona widokami rozradowanych oczu i zaróżowionych policzków doceniam mocniej pierwsze narty synka, niekończące się wygłupy, gorącą pomidorową, leniwe poranki, czekoladowe wąsy, gonitwy po śniegu, rzucanie śnieżkami, nawet bitwy o pilota, walki o ostatni kawałek pizzy i przygodę z lądowaniem w rowie. Jesteśmy cali i zdrowi. Jest dobrze i niech tak już zostanie.

Żeby nie było zbyt rzewnie wrzucam kilka trików na osiągnięcie tzw. świętego spokoju. No dobra, na osiągnięcie zaledwie chwili świętego spokoju, która jednakowoż często wystarczy w zupełności, żeby nie oszaleć w trakcie oczekiwania na michę gorącej kwaśnicy, czy talerz kurczaka z frytkami.

Dzięki temu sprytnemu zabiegowi wpis ze słodko pierdzącego zyska zupełnie nowy, jakże praktyczny wymiar, prawda? Otóż, bogata w mrożące krew w żyłach doświadczenia jakie fundowały nam kiedyś znudzone oczekiwaniem na żarcie dzieciary, staram się pamiętać o zabieraniu ze sobą do restauracji tego rodzaju drobiazgów. Mają one choć na moment zająć ich głowy, a przy okazji można sobie przy nich swobodnie pogadać i zwyczajnie spędzić wspólnie czas – co jest raczej trudne kiedy pacholę wgapia się tępo w bajkę, tudzież w denną grę na smartfonie. Nazywajcie mnie control freakiem, ale ja p prostu lubię zjeść w spokoju i względnej ciszy.

Ważne, żeby te drobiazgi miały naprawdę rozmiar minimalny i nie kosztowały majątku rzecz jasna. Nie chcemy targać ze sobą waliz, ani plecaków wypełnionych dobrem wszelakim, ani spłukiwać się doszczętnie w zabawkowym. To ma być coś co zmieści się w kieszeni kurtki, co zdołamy upchnąć w torebce, taki mały as z rękawa, zestaw awaryjny.

Oto kilka sprawdzonych pomysłów:

LEGO

Klasyka. Działa zawsze i wszędzie. Wciąga. Zajmuje małe główki i rączki, a do tego jest katalizatorem kreatywności. Znalazłam w moim ulubionym Tigerze maleńkie metalowe walizeczki, do których wrzucam po garści klocków. To patent z naszych tegorocznych wakacji. Jak dotąd niezawodny.

MINI GRY

Nasz tegoroczny hit to mini domino. Świetne dla już liczących dzieciaków, ale też dla przedszkolaków, z którymi można układać rzędy z tym małych klocuszków celem ich późniejszej, spektakularnej destrukcji – Tiger

Story Cubes – zabawa rozwijająca umiejętność tworzenia opowieści, pobudza wyobraźnię. Bardzo fajna sprawa – Smyk

Wędkowanie. Gra zręcznościowa, stara ale jara – Tiger

Gry wodne, zręcznościowe. Przypominają mi trochę gadżety z naszego dzieciństwa 🙂 – Tiger

Kostki matematyczne – w oczekiwaniu na drugie danie można poćwiczyć tabliczkę mnożenia. Genialna sprawa – Tiger

KARTY

Nieśmiertelny Piotruś w bardzo przyjemnym dla oka wydaniu – Tiger.

Zaopatrzeni w te cuda przeżyliśmy względnie spokojnie tygodniowe ferie z codziennym stołowaniem się „na mieście”, nawet w tych gastronomicznych przybytkach, których właściciele nie pomyśleli zupełnie o kącikach dla dzieciarni. Nie chce nawet wiedzieć ile w ten sposób zaoszczędziliśmy sobie nerwów.

 Do zobaczenia na Facebooku   i   Instagramie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook