DWULATEK Z NAPĘDEM TURBO

dwulatek (6)Z wakacji przywiozłam parę piegów na nosie, trochę kamyków z plaży, muszelek, lokalne wino i niestety tradycyjnie kilka nadprogramowych kilogramów. Przywiozłam też jakiś tysiąc wspomnień zamkniętych w mniej lub bardziej udanych kadrach. (Tak, należę do tych wariatów, którzy prawie nie rozstają się z aparatem). Na części zdjęć oczywiście szczerzymy się bezwstydnie do obiektywu, nieprzyzwoicie obżeramy, albo namaczamy w słonej wodzie Adriatyku, jakżeby inaczej. Są wśród nich jednak i takie, które zdradzają ciemną stronę tego urlopu, mroczną, mrożącą krew w żyłach stronę naszego aktualnego życia.

Wszyscy, którzy patrząc na zdjęcia z ostatniego postu poczuli być może delikatne ukłucie zazdrości mogą teraz spokojnie poluzować szelki. Jeśli choćby przebiegło Wam przez głowę, że oto cwaniaczki chwalą się genialnym urlopem, rajskimi wczasami i labą totalną, podczas gdy inni muszą pracować ciężko, mam dla Was coś dzięki czemu zapewnie poczujecie się lepiej. Bolesną prawdę, która niechybnie poprawi nastrój wszystkich zazdrośników i odczaruje ten nasz boski wypoczynek 😉

Prawda jest taka, że spędziliśmy ten urlop w stanie ciągłego napięcia, podwyższonego poczucia zagrożenia, czujni jak ważki. Zero luzu. Żeby spokojnie poleżeć na plaży musieliśmy precyzyjnie przekazywać sobie obowiązki. Jedno z nas musiało bezwzględnie zawsze stać twardo na posterunku, nie rozpraszać się, nie dekoncentrować, ba nie mrugać nawet. Zajadanie pyszności, o których wspomniałam, odbywało się albo na zmianę, albo na raty, albo w tempie mocno przyspieszonym i bardziej przypominało łykanie w pośpiechu niż prawdziwą degustację. Chwile autentycznego relaksu, wypełnione niespiesznym pochałanianiem literackich dzieł, spokojnym przeżuwaniem posiłków, albo leniwą kontemplacją okoliczności przyrody miały szansę realizacji tylko wówczas, kiedy nasz dwulatek zamykał oczy i oddawał się, rzadkiemu niestety, ładowaniu baterii podczas drzemki. Kiedy tylko je otwierał o relaksie można było natychmiast zapomnieć. Zaczynał się natomiast, łagodnie rzecz ujmując, wypoczynek aktywny i to mocno. Bardziej w stylu Runmagemdonu niż delikatnego truchtu.

Jeszcze do niedawna musieliśmy sobie radzić z czarną furią, która w najmniej oczekiwanych momentach wypełzała z naszego słodkiego syna. Rzucał się wówczas w spazmach na chodniki, posadzki sklepowe i wszelkie inne odpowiednio twarde podłoża. Odpukać pozbyliśmy się zołzy, ale wygląda na to, że nie odeszła w pokoju. Zostawiła Młodemu coś w spadku. To coś w rodzaju turbo napędu, dopalacza w tyłku, kosmicznej prędkości i bezgranicznej bezmyślności przy okazji. W skrócie: nasz dwulatek wypuszczony na wolność (czyli wypięty z samochodowego fotelika, albo wózka) natychmiast nawiewa. Biegnie przed siebie z dziką radością w oczach, zupełnie nie bacząc na przeszkody w stylu pędzące auta, strome schody, osuwające się skarpy, rozległe przepaście, dzikie tłumy ludzi, motocykle, rowerzyści, deskorolkarze, wściekłe psy, jadowite węże, kałuże, stawy, jeziora i wszelkie inne zbiorniki wodne. On po prostu gna. Do tego jest szybki jak pocisk i zwrotny niemiłosiernie. Możemy się drzeć w niebogłosy, grozić Bóg wie czym a on i tak nawet na sekundę się nie zatrzyma.

Biegamy więc z wywieszonymi jęzorami, ku ogólnej uciesze beztroskich obserwatorów, żeby schwytać go we właściwiym momencie i udaremić niekontrolowany upadek z półpiętra, skok na główkę z fotela, albo zakończyć tuż przed metą jego szaleńczy bieg w stronę głównej ulicy miasta. Dobrze chociaż, że mamy pod ręką wysportowaną siedmiolatkę, która od czasu do czasu potrafi nas wyręczyć i dopaść uciekiniera, często w ostatniej chwili.

Nie wiem, czy mu to kiedyś przejdzie, czy wyrośnie i czy zwolni obroty. Może będzie jeszcze gorzej, może to zapowiedź jakiś jego kolejnych cyrkowych występów. Wiem jedno. Na bilansie dwulatka pani doktor zmierzywszy go, zwarzywszy, orzekła, że nasz dwulatek jest albsolutnie wręcz perfekcyjnie przeciętny. Mieści się idealnie w samym środeczku wszelkich norm, wymiarów i wyliczeń. I taka mi się myśl nasunęła od razu. Skoro to taki przeciętny egzemplarz, to ja z tego miejsca wszystkim rodzicom takich właśnie typowych, przeciętnych dwulatków kłaniam się nisko i trwam w tym pokłonie. Jestem pełna podziwu dla Waszej siły, cierpliwości, szybkości i zwrotności. Przybijam z Wami wirtualną piątkę rozmasowując jednocześnie swe bolące, zmeczone tą niekończącą się gonitwą stopy.

Podsumowując pragnę złożyć drobne oświadczenie, sprostowanie powiedzmy, bo czuję, że jestem je Wam winna po prostu. Jeśli ktokolwiek z Was jeszcze uważa, że zdjęcie na którym uśmiechnięty, trzymający grzecznie za rączkę starszą siostrę dwulatek oddaje rzeczywistość rodziców tegoż diabła, myli się. I to okrutnie. Nie twierdzę tak tylko dlatego, że mam taki właśnie dwuletni egzemplarz w domu. Dwulatek zasadniczo, nie tylko ten mój osobisty proszę państwa to jeden z najwdzięczniejszych i najniewdzięczniejszych zarazem obiektów jakie przyszło mi fotografować. Ileż to się człowiek nacmoka, nagwiźdze, poudaje zwierza, albo nawymyśla innych cudów, żeby łaskawie obdarzył nas spojrzeniem prosto w obiektyw. Za to mrugnąć nawet nie zdążysz, a zwieje. Może i zdarzają się powolniejsze sztuki, ale mój ponoć taki w sam środek normy się wpisujący na pewno do nich nie należy. Młody jest demonem prędkości.

Dla niedowiarków, którzy nie doceniają zjawiska pt.: „dwulatek” – specjalny ekskluzywny wręcz materiał poglądowy

dwulatek (1)dwulatek (3)dwulatek (7)dwulatek (4)dwulatek (2)

dwulatek (8)Żeby nie było, Julka też nie należy do dzieci, które siedzą cichutko w kątku, nieruchomo, machając nóżkami co najwyżej. Julka moja to żywioł. Musi wskoczyć na każdy murek, krawężnik, zawisnąć na każdym drążku, musi kręciuć piruety, robić szpagaty i stawać na głowie. Ten typ tak ma. Zatem nasze spacery, piesze wycieczki i inne tego typu wypady, również te urlopowe wyglądają zwykle tak!

dwulatek 9-tile

Teraz dodajcie jedno do drugiego i wyjdzie Wam suma wszystkich naszych strachów. Wakacje z dziećmi, szczególnie kiedy jedno z nich to dwulatek z napędem turbo, to nie tylko wyszczerzona do obiektywu rodzinka. To też nieustanne pilnowanie, żeby ten mały, bezmyślny ludzik nie zrobił sobie krzywdy. Weż się teraz człowieku wyluzuj, zrelaksuj, a jednocześnie bądź strażnikiem i gwarantem bezpieczeństwa bezmyślnego nieletniego, a sama Ci własnoręcznie medal wybiję. No nie da się. Ni chu chu.

***

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, albo zdjęcia, albo jedno i drugie 🙂 będzie mi miło jeśli zostawisz pod nim komentarz lub udostępnisz go znajomym, a jeśli zechcesz być na bieżąco z tym co tutaj wyczyniam i polubisz mój funpage na Facebooku albo mój Instagram, to już w ogóle czad!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook