PIERNICZKI CZYLI KREATYWNOŚĆ W KUCHNI LEVEL MASTER

Istnieje taka teoria, która zakłada że genialne rzeczy powstają zwykle przez przypadek. Wiecie herbata na ten przykład, karteczki samoprzylepne, czy choćby penicylina. I mam oto żywy dowód na słuszność tej tezy. Ok, może nie żywy ale świeży, cieplutki jeszcze, taki prosto z pieca.

Wigilia klasowa zawsze brzmiała dla mnie złowieszczo. Składanie życzeń kolegom z klasy, w połowie których się kochasz może być faktycznie nieco krępujące, a do tego wypada jeszcze przytargać jakieś homemade ciacho. Pół biedy, gdy jesteś nowym wcieleniem Nigelii Lawson, gorzej gdy o kuchni wiesz tylko tyle co nic. Wtedy jedyną słuszną opcją jest dogadanie się z jakąś bogu ducha winną koleżanką i upichcenie czegoś wspólnie. Gorycz porażki dzielona na dwoje nie smakuje już tak potwornie gorzko.

W każdym razie wieść o wigilii klasowej u Młodej wywołała u mnie te traumatyczne wspomnienia, a ponieważ na tym etapie jej społecznego życia taka impreza to jeszcze nie jest emocjonalny dramat, a zaledwie szaleńczy wyścig chorej ambicji matek – oczywiście musiałam coś zrobić. No bo jak, tak wysłać ją za przeproszeniem z gębą na pączki? Never.

I tu dochodzę do sedna, czyli do potwierdzenia mej wstępnej hipotezy. Otóż wymyśliłam, że przygotuję oszałamiające swym wyglądem i smakiem pierniczki świąteczne w kształcie śnieżynek, które następnie polukruję i ozdobię misternie perełkami, posypkami i jadalnym brokatem i czym tam jeszcze zdołam. Plan zakładał rzecz jasna, że wyjdą mi z pieca arcydzieła kulinarne w stylu Marthy Stewart, które wszystkich powalą swą niebanalną urodą. Prawdziwe cukiernicze rarytasy, które rzuca wszystkich na kolana. Taaaa.

Już na etapie produkcji wszystko szło, delikatnie rzecz ujmując nie tak. W każdym razie ciasto zamiast eleganckich śnieżynek przyjmowało uparcie kształt jakieś rozciapanej ośmiornicy. Za nic nie mogłam sobie z tym poradzić. I kiedy już miałam ogłosić kapitulację i wywiesić białą ścierę na znak tego, że po raz kolejny okryłam się gastronomiczną hańbą olśniło mnie. To nie było jakieś tam mizerne światełko w tunelu, ale iluminacja w stylu legendarnej eureki Archimedesa, albo przebłysku geniuszu rodem z reklam Mentosa (tak tych, w których laska łamiąc obcas miast pogrążyć się w rozpaczy odrywa drugi i biegnie zdobywać świat).

Okazało się, że rozciapane ośmiornice pozbawione kilku macek do złudzenia przypominają świąteczne artefakty, a jakże – renifery. Zamiast babrać się w kolorowych lukrach i posypkach wystarczyło tylko dorobić im charakterystyczne kinole i gały (które pozostały z poprzednich eksperymentów) i cały świąteczny zastęp gotowy.

Wyszłam z kuchni z poczuciem dobrze spełnionej misji, w czym tylko utwierdziła mnie Młoda niosąc dziś dumnie do szkoły talerz z tymi zezowatymi rogaczami, a obskoczona przez koleżanki pławiła się w ich achach i ochach. Wszak, jak się ma lat siedem i pół to z jakichś nie do końca jasnych pobudek pała się żądzą pożarcia czegoś co ma kinol i gały. Prawda? A ja kretynka chciałam im mydlić oczy śnieżynkami w stylu glamour.

Z powyższej historyjki wyłaniają się następujące konkluzje. Po pierwsze primo: nie ma sytuacji bez wyjścia, po drugie primo: często mniej znaczy więcej i wreszcie po trzecie primo: naprawdę genialne rzeczy faktycznie wychodzą nam zupełnym przypadkiem. Pomyślcie o tym w te święta, nie bierzcie sobie za dużo na głowę, nie wymyślajcie cudów, nie napinajcie się na perfekcję. Ma być miło po prostu. Chillujcie więc, tego Wam z serca życzę.

Gdyby KOMUŚ umknęło, powyższy tekst, tak suto okraszony szeregiem ambitnych metafor i błyskotliwych sformułowań napisano z przymrużeniem oka i nieprawdą jest, że piekę pierniczki bo mam chore ambicje oraz, że kochałam się w połowie kolegów z klasy, także kochanie luz. 😉

Pierniczki, jak zwykle upiekłam z tego przepisu, a o reniferowych oczach pisałam tutaj.

***

Podoba Ci się tekst, albo zdjęcia, albo jedno i drugie? 🙂 będzie mi miło jeśli zostawisz pod nim komentarz lub udostępnisz go swoim znajomym, a jeśli chcesz być na bieżąco z tym co tutaj wyczyniam możesz polubić funpage na Facebooku albo Instagram.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook